|
Rola teatru w
życiu dziecka i nauczyciela-istruktora, czyli próba polemiki z opiniami
pedagogów i uznanych instruktorów teatralnych
Na
temat roli teatru w życiu dziecka – z punktu widzenia pedagoga - można
powiedzieć wiele najrozmaitszych i najciekawszych nawet banałów: że uczy
odpowiedzialności, wychowuje, pozwala wyrazić siebie, uwrażliwia na sztukę,
leczy mało odważnych i mało dowartościowanych, pozwala uwierzyć we własne
możliwości i pokonać trudności w relacjach z innymi ludźmi itp. Jednym słowem –
sam w sobie jest lekarstwem i terapią na rozmaite niedomagania dziecięcej
duszy. To prawda, ale idealna i jednostronna. Po pierwsze dlatego, że kłóci się
z wyznawaną przez większość współczesnych twórców teatru ideą sztuki wolnej od
służby dydaktyzmowi. Ludzie teatru – pisze Daniel Kalinowski
- tworzący sztukę konceptualną, alternatywną lub „czystą” nie godzą się na
bliskość ich dokonań z edukacją i związanymi z nią nauczaniem, kształceniem,
uwrażliwianiem itp. Dla takich twórców określenie teatr edukacyjny jest
deprecjonujące, odbierające status „wysokiej” sztuki na rzecz „niskiego”
dydaktyzmu. Po drugie - w praktyce wizja idealnej roli teatru w życiu
dziecka napotyka na szereg ograniczeń.
Pierwszym ograniczeniem jest chyba fakt, że teatrem w szkołach zajmują się w
większości instruktorzy, modnie ostatnio zwani animatorami, którzy oprócz
pasji i nieprzezwyciężonej chęci wprowadzania uczniów w działania sceniczne, nie
mają szczególnego przygotowania. Są amatorami i najczęściej nigdy sami nie
występowali na scenie. Jedyną ich kartą przetargową jest w najlepszym
wypadku dobre przygotowanie pedagogiczne i intuicja twórcza. Swoimi wysiłkami
przyczyniają się do powstawania kół teatralnych i prezentacji spektakli na
scenie, które odnoszą raz większe, raz mniejsze sukcesy. Niestety, ich praca nie
oddaje rzeczywistości (i wszelkich jej przejawów niezwykłości), która panuje w
prawdziwym teatrze. Trudno kogokolwiek za to winić. Idealnym rozwiązaniem byłoby
poddać każdego szkolnego instruktora gruntownej edukacji teatralnej, ale
wiadomo, że z wielu przyczyn, nie tylko natury finansowej, jest to trudne do
zrealizowania. Zatem, co zrobić? Zakazać działalności wszystkim szkolnym
nauczycielom-animatorom, których wizja twórcza służy bardziej dydaktyzmowi niż
sztuce jako takiej? Przyznaję – i na moją działalność teatralną przyszedłby
wówczas rychły koniec. Bo chociaż aktywna działalność sceniczna nie jest mi obca
i zgadzam się z założeniami lansowanej ostatnio teorii tzw. teatru edukacyjnego,
który łączy postulaty dydaktyzmu i sztuki (z akcentem na sztukę),
zapomnieć nie mogę o tym, że dopóki teatr funkcjonuje w placówce o nadrzędnych
celach wychowania i kształcenia, powinien z nią współdziałać. Niemoralnym byłoby
pozostać jednostką ignorującą proces dydaktyczny szkoły, jednocześnie działając
w jej imieniu i lansując model teatru zbuntowanego przeciw edukacyjnym
konwenansom. A mówię o tym przede wszystkim dlatego, że uczeń w szkole
podstawowej potrzebuje jeszcze istnienia stabilnych wartości, wyraźnych i
nieskomplikowanych celów oraz nienaruszonych zasad, aby harmonijnie i dobrze się
rozwijać.
Kolejną
trudność dostrzegam w tym, że szczytne idee wychowania przez teatr dochodzą tak naprawdę do skutku tylko w określonych, sprzyjających warunkach. Można być
oczarowanym Korczakowską wizją pedagogiki nauczycielem i starać się wcielić w życie zasady partnerstwa oraz dużej swobody wyrażania myśli przez dziecko. Jeśli
jednak przenieść to na grunt współczesnej rzeczywistości, nierzadko związanej z pracą wśród uczniów z szeregiem zaburzeń emocjonalnych, to dłuższy czas
wdrażania w życie takich idei (dłuższy niż czas przeznaczony na jednorazowe - nawet kilkudniowe – warsztaty) stworzy sprzyjające warunki do równocześnie
rozwijającej się swobody zachowań uczniów, a co za tym idzie - lekceważącego stosunku do sumienności w nauce roli czy obecności na warsztatach. Dlatego
opiekun, który jednocześnie uczy i buduje teatr z dziećmi jest w patowej sytuacji. Zwykle nie ma w swoim zespole elitarnej, szczególnie wyselekcjonowanej
młodzieży. Ma różnych uczniów – spokojnych i nadpobudliwych, bardziej i mniej otwartych na popisy sceniczne, utalentowanych i pracowitych jedynie.
Nieraz uczeń uczniowi wyrządza dużą przykrość, śmiejąc się ze sposobu, w jaki jego kolega właśnie wyraża się na scenie. Nauczyciel musi zatem
panować nad dyscypliną i umieć jednocześnie dać młodym artystom tyle swobody, aby otrzymali szansę na nieskrępowaną aktywność sceniczną.
Mimo wszystko, ta żmudna praca przynosi wiele
satysfakcji. Jej najniezwyklejsze efekty przybierają postać terapii leczącej nie
tylko ucznia, ale, co częstsze, samego nauczyciela. O
istocie teatru stanowi więc CZŁOWIEK. Ze swoją wiecznie niezaspokojoną potrzebą
poznawania i poszukiwania. Ulegając teatralnej prowokacji jaką może być spektakl
i związane z nim przeżycie, człowiek – tak aktor jak i poprzez niego widz –
odkrywa swoje wnętrze. Staje się otwarty na przyjęcie określonych emocji, często
ułatwiających samopoznanie. Rację miał Fryderyk Schiller, iż teatr stanowi
rodzaj „klucza otwierającego najtajniejsze zakamarki duszy ludzkiej”
|